Kamil Stoch

Skoczek z ostatniej ławki

Ł.W.: Kamilu, miałeś duży dylemat czy wybrać szkołę sportową, czy tradycyjną?

K.S.: Wcale. Od samego początku chciałem iść do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem, bo wiedziałem, że tam będę miał możliwość koncentrowania się na mojej największej pasji – sporcie. Przez trzy lata uczyłem się w gimnazjum, a potem kolejne trzy spędziłem w liceum, więc wspomnienia z czasów szkolnych mam ciągle świeże i najważniejsze – bardzo sympatyczne. Klasa, szczególnie ta licealna, była bardzo zgrana, z kilkoma niezłymi „łobuziakami”, więc śmiechu i żartów było zawsze sporo.

Ł.W.: Byłeś jednym z nich?

K.S.: Należałem do uczniów bardziej spokojnych.

Ł.W.: Takich z pierwszej ławki?

K.S.:  Tak, tyle, że z pierwszej od tyłu (śmiech). Zazwyczaj starałem się podczas lekcji usiąść na końcu klasy.

Ł.W.: Jakiś przedmiot szczególnie pochłaniał Twoją uwagę?

K.S.: Powiem szczerze, że nie miałem okazji by koncentrować się specjalnie na jednym. Przez nieustanne wyjazdy i treningi zaległości zbierało się tak dużo, że musiałem w krótkim czasie przyswoić sobie wiedzę ze wszystkich przedmiotów.

Ł.W.:  To pewnie w plecaku oprócz sprzętu sportowego nosiłeś też książki.

K.S.: Pakowałem je tam zawsze, ale problem był z ich czytaniem (śmiech). Podczas imprez sportowych – szczególnie tych dużej rangi, naprawdę ciężko koncentrować się na czymś innym niż na samym starcie. Nadrabianie wszelkich zaległości w nauce zostawiałem sobie na powrót do domu, a wtedy bardzo mi pomagała pani dyrektor Sobańska i całe grono pedagogiczne. To dzięki ich zrozumieniu mogłem łączyć uprawianie skoków narciarskich z zaliczaniem kolejnych partii materiału.